
Matka Vrelo 2025 – eksploracja do -287 metrów
Jaskinia Vrelo, ukryta w kanionie Matka w Macedonii Północnej, od dawna znajdowała się wysoko na naszej liście miejsc, które chcieliśmy odwiedzić. Ogromne podwodne przestrzenie, zwykle krystalicznie czysta woda i historia eksploracji sięgającej głębokości -240 metrów sprawiały, że trudno było przejść obok niej obojętnie. W 2025 roku w końcu nadszedł czas, żeby zobaczyć ją na własne oczy — i spróbować dotrzeć do miejsca, w którym zakończyła się poprzednia eksploracja.
Trudne początki
Tuż przed naszym przyjazdem Macedonię nawiedziły intensywne opady, a wysoko w górach pojawiło się nawet kilkadziesiąt centymetrów śniegu. Efekt pod wodą był natychmiastowy - przez pierwsze dni widoczność w Vrelo wynosiła zaledwie około 8–10 metrów, a w jaskini wyraźnie czuć było przepływ. Przy jej ogromnych rozmiarach oznaczało to często widok ograniczony do poręczówki, fragmentu dna i jednej ze ścian. Nasi macedońscy gospodarze pocieszali nas, że tak słabe warunki zdarzają się tutaj najwyżej kilka razy w roku... Trafiliśmy idealnie. Na szczęście prognozy były dobre i wraz z nadejściem suchej pogody widoczność zaczęła stopniowo się poprawiać.
Zanim jednak w ogóle rozpoczęliśmy nurkowania, trzeba było przetransportować ponad tonę sprzętu w głąb kanionu i dalej przez jezioro Matka do naszego obozu przy jaskini. Bez pomocy Bojana, Goce i Bardo z Dive Club Vrelo – Matka realizacja całego projektu byłaby niemożliwa.
Droga do -212 metrów
Pierwszym celem było poznanie drogi prowadzącej do najgłębszych partii jaskini. Nie jest ona oczywista. Vrelo ma kilka oporęczowanych odnóg, także na głębokościach przekraczających 100 metrów, dlatego przed myśleniem o dalszej eksploracji trzeba było dokładnie odtworzyć trasę pozostawioną przez poprzednich nurków. Główna studnia rozpoczyna się na około -40 metrach i prowadzi niemal nieprzerwanie do ponad -200 metrów.
Problemy pojawiły się na około -190 metrach. Poręczówka nagle kończyła się w przestrzeni. Przy widoczności nadal nieprzekraczającej około 10 metrów podpiąłem własny kołowrotek i rozpocząłem poszukiwania dalszej drogi. Pierwsza próba doprowadziła mnie na około -200 metrach do zamkniętej ściany. Po kilkudziesięciu sekundach poszukiwań zobaczyłem jednak kolejną, dobrze napiętą poręczówkę prowadzącą w dół - kończyła się przy dużym kołowrotku pozostawionym przez Luigi „Gigi” Casatiego, który w 2010 roku dotarł do dna studni na głębokości około -212 metrów.
Samo znalezienie tego miejsca zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Świadomość, że Casati dotarł tutaj piętnaście lat wcześniej, przy zupełnie innym poziomie technologii i sprzętu, nadawała temu miejscu szczególne znaczenie. Nie było jednak czasu na dłuższe oglądanie - na takich głębokościach każda dodatkowa minuta oznacza ogromny wzrost zobowiązań dekompresyjnych.
Zawróciłem.
Do poprzedniego końca eksploracji
Celem kolejnego nurkowania było sprawdzenie poręczówki prowadzącej dalej od kołowrotka Casatiego. Tym razem droga do -212 metrów była mi już znana i przebiegła bardzo sprawnie. Od kołowrotka prowadziła dalej linka pozostawiona podczas późniejszej eksploracji Krzysztofa Starnawskiego. Charakter jaskini zmieniał się tutaj z pionowego na bardziej poziomy, jednak po kilkunastu metrach okazało się, że na około -220 metrach poręczówka jest zerwana. Podpięcie własnego kołowrotka nie było proste - dno pokrywał drobny piasek, a ściany były gładkie i praktycznie pozbawione dobrych punktów mocowania. Znalezienie odpowiedniego miejsca zajęło około półtorej minuty. Na tej głębokości półtorej minuty to bardzo dużo...
Po zamocowaniu linki ruszyłem dalej na skuterze. Korytarz opadł do około -230 metrów i zaczął się zwężać. Po kolejnej minucie dotarłem do skalnej półki na -240 metrach. Tam zobaczyłem następny kołowrotek - był to poprzedni koniec eksploracji. Przede mną znajdował się szeroki, klarowny otwór prowadzący dalej w nieznane. Plan tego nurkowania nie zakładał jednak eksploracji. Komputery pokazywały już niemal pięć godzin dekompresji. Zostawiłem wszystko przygotowane na kolejne nurkowanie i rozpocząłem powrót.
Na około -130 metrach spotkałem Mariusza Banaszaka i Tomka Wciórkę, którzy zabezpieczyli dalszą część mojej dekompresji. Droga do przodka była gotowa. Pozostał dzień odpoczynku, przygotowanie sprzętu, gazów i akumulatorów.
A potem finał.
Poza -240 metrów
Plan finalnego nurkowania był bardzo precyzyjny - zakładałem maksymalnie około dwóch minut eksploracji poza poprzednim końcem poręczówki na -240 metrach oraz nieprzekraczanie zaplanowanego limitu głębokości. Do nurkowania wykorzystałem dwa rebreathery Liberty CCR — główny w konfiguracji backmount oraz sidemount jako bailout — a na trasie rozstawiliśmy niemal 20 butli zabezpieczających, sięgających do głębokości około -150 metrów. W najgłębszej, poziomej części jaskini korzystałem z dwóch połączonych skuterów Seacraft Ghost, które pozwoliły mi osiągać prędkość przekraczającą 70 metrów na minutę, co przy tak krótkim dostępnym czasie eksploracji miało ogromne znaczenie.
Nurkowanie rozpocząłem razem z Mariuszem. Na około -30 metrach, przy krawędzi głównej studni, rozdzieliliśmy się zgodnie z planem. Dalszą drogę pokonałem sam. Studnia do -212 metrów, później pozioma część i wreszcie kołowrotek pozostawiony na -240 metrach. Podjąłem go i ruszyłem dalej.
Od tego momentu przede mną znajdowała się jaskinia, której nikt wcześniej nie widział.
-287 metrów
Początkowo korytarz prowadził poziomo, jednak po kilkudziesięciu metrach zaczął skręcać i gwałtownie opadać. Głębokość na konsoli nawigacyjnej zaczęła szybko rosnąć.
-270 metrów.
-275 metrów.
-280 metrów.
Korytarz nadal był szeroki i stromo prowadził w dół, a mimo bardzo dobrej widoczności dna nie było widać. Granica -300 metrów znajdowała się prawdopodobnie zaledwie kilka sekund dalej.
Ale plan to plan - na głębokości -287 metrów zatrzymałem się, odłożyłem kołowrotek na pochyłe dno i jeszcze raz spojrzałem w kierunku szerokiego korytarza znikającego w ciemności. Jaskinia nadal wyraźnie prowadziła głębiej. Rozpocząłem powrót.
Sześć godzin pod wodą
Na -130 metrach zgodnie z planem spotkałem Mariusza. Około godzinę później dołączył Tomek, który pozostał ze mną do końca nurkowania. W późniejszej części dekompresji dotarł do nas również Bardo, sprawdzając sytuację i rozpoczynając zbieranie części rozstawionych wcześniej butli. Całe nurkowanie trwało około sześciu godzin.
Po powrocie na powierzchnię mogliśmy wreszcie spojrzeć na wynik całego projektu. Poprzednia eksploracja kończyła się na około -240 metrach. Nowy koniec poręczówki znalazł się się na -287 metrach. A jaskinia nadal prowadziła dalej.
Najgłębsza podwodna jaskinia Bałkanów
Po tej eksploracji Matka Vrelo osiągnęła głębokość -287 metrów, stając się najgłębiej eksplorowaną podwodną jaskinią na Bałkanach. Jeszcze ciekawsze jest jednak to, co znajduje się przed nowym końcem poręczówki - na -287 metrach nie ma zwężenia, zawaliska ani końca korytarza. Jest szeroka, opadająca dalej w dół przestrzeń, a to oznacza, że potencjał eksploracyjny Vrelo pozostaje ogromny.
W projekcie uczestniczyli:
Bartłomiej Pitala
Tomasz Wciórka
Mariusz Banaszak
Bojan Angeleski
Bardo Hristijan
Goce Dimitrievski
Szczególne podziękowania należą się naszym gospodarzom z Dive Club Vrelo – Matka za transport sprzętu, logistykę, codzienną pomoc i niezwykłą gościnność.
Realizacja projektu była również możliwa dzięki wsparciu SANTI Diving, GRALmarine, Seacraft oraz TK Diving Team Kraków, który przygotował ponad 30 000 litrów gazów potrzebnych do realizacji głębokich nurkowań.
Ogromne podziękowania również dla Sebastiana Dobrowolskiego za pomoc w nawiązaniu kontaktu z ekipą Vrelo.
Z eksploracji zebraliśmy także materiał filmowy dokumentujący zarówno przygotowania, jak i najgłębsze partie jaskini.
Na -287 metrach Matka Vrelo nadal prowadzi w dół.












